Zapach pieczywa, czyli frykasy stoją szybciej, niż ty spacerujesz

Pewnego sierpniowego dnia wybrałem się na spacer. Moje ciało domagało się ruchu, a piękna pogoda sprawiła, że zabrakło mi wymówek. Uznałem, że poszwendam się godzinkę, po czym wezmę szybki prysznic. Przez kilka pierwszych minut beztrosko stawiałem krok za krokiem, aż na mojej drodze pojawił się… sklep z pieczywem.

Mieścił się przy piekarni, a dobiegający stamtąd zapach zniewalał. Sprawiał, że wyobraźnia i ślinianki szalały. Zwolniłem. Przez chwilę zastanawiałem się, co zrobić. Iść dalej, czy wejść do środka? Jak się zachować? Wtedy przypomniałem sobie słowa Tadeusza Gicgiera:

„Są dwa sposoby: bić po łapach lub robić wokół kogoś zapach”.

Pieczywo. Co za zapach.

Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym czegoś nie sparafrazował, nie przeinaczył czy nie przekręcił. Pomyślałem, że szanowni piekarze narobili wokół mnie zapachu (i to jakiego!), ponieważ zwykła reklama byłaby nieskuteczna. Musiałbym dostać po łapskach, by w ogóle zwrócić na nią uwagę. A tak…

Ruszyłem do sklepu

Tuż przed drzwiami uśmiechnąłem się. Natura jest niesamowita! Nie tylko sprawia, że wszystkie gazy są płynami (nie mylić z cieczami), a do tego stworzyła dyfuzję. Co to znaczy? W ogromnym skrócie można powiedzieć, że gdybyśmy mieli garnek pełen dwutlenku węgla – tego samego, który wydychamy – to moglibyśmy nabrać go łyżką wazową i „wylać” na palącą się świeczkę. Ta natychmiast by zgasła.
A dyfuzja? To nic innego jak samoistne przenikanie cząsteczek jednej substancji w drugą.
To za ich sprawą zapach pieczonego pieczywa kusi niewinnych domatorów i sprawia, że zstępują na „złą drogę”.

Przyznać jednak muszę, że aromat piekarni mógłby śmiało posłużyć do aromaterapii. Woń frykasów skutecznie odgania złe myśli, poprawia nastrój i przykleja uśmiech do twarzy. A jeśli dodać do tego piękną pogodę… Uch!
Mając to na uwadze, rozpromieniony, pchnąłem w końcu drzwi sklepu.

Złoty środek

Louis Camille Maillard w 1915 roku.

Wystrój wnętrza uszedł mojej uwadze. Był kompletnie nieistotny. Skupiłem się wyłącznie na pysznościach, zmyślnie poukładanych w koszach i na półkach. Głodnym wzrokiem pożerałem bochenki, w przeróżnych kształtach i rodzajach, bułki, bułeczki, rogale, bagietki, drożdżówki (w tym wiatószki), podpłomyki oraz wszystkie inne – słodkie i niesłodkie – wypieki. Nic tylko oczy cieszyć, palce lizać i ociekać śliną. No i – rzecz jasna – nasiąkać wonnościami!

Patrząc i podziwiając zastanawiałem się, czy Luise Camille Maillard (1878 – 1936) również był wniebowzięty, gdy opisywał serię reakcji chemicznych, które odpowiadały za brązowienie (i nie tylko) chleba, ciast i ciastek – w trakcie pieczenia, smażenia lub grillowania. A przecież te same reakcje odpowiadały, między innymi, za wygląd i zapach pieczeni, kotletów czy zrazów, za aromaty piwa, czekolady, prażonej kukurydzy czy gotowanego ryżu.

Po chwili całkowicie odpłynąłem w kierunku chemii. Myślałem o produktach, zawierających białka i cukry, poddawanych obróbce cieplnej. W końcu to, co opisał Maillard, dotyczyło reakcji aminokwasów z węglowodanami redukującymi. Wyjaśnienie, czym są te ostatnie zostawię na inną okazję. Zwłaszcza, że robiło się niebezpiecznie.

Wpatrywałem się wypieki, toczyłem niebotyczne wręcz ilości śliny i gotów byłem rozłożyć przed sobą sprzęt laboratoryjny, by zapomnieć się na długie godziny. Z ciekawości i tak „z całej siły” – typowy przykład potłuczonego klienta. Na szczęście mój umysł coraz mocniej kierował mnie w stronę bardziej przyziemnych rozkoszy.

W głowie miałem już scenariusz, w którym ekspedientki postanowiły zostawić mnie samego w sklepie, zaznaczając przy tym, bym niczego sobie nie żałował. Na ladzie pojawiły się dzbanki z herbatą, kompotami i sokami, a także wielki kubek obłędnie pachnącej kawy. Nieopodal leżało świeże masło, dorodna sałata, wonny szczypiorek, rzodkiewki, pomidory, sery oraz dżemy. Nieco dalej czekały gotowane i jeszcze gorące jajka, a także pachnąca i kruchutka pieczeń z karkówki. Obok… O rety! Przepyszny smalec domowej roboty i babcine ogórki kiszone! Zaprawdę powiadam wam – żyć nie umierać. Ja chcę, ja poproszę, ja muszę! Tu i teraz! Aż chciałoby się zanucić słowa piosenki Chcemy być sobą zespołu Perfect:

„Jak co dzień rano, bułkę maślaną
Popijam kawą nad gazety plamą”.

Zrobiło mi się lekko na duszy. Tak swojsko, przyjemnie, wygodnie. Na chwilę zniknęły pytania bez odpowiedzi, zmartwienia i setki spraw do załatwienia. Będąc tu i teraz odpłynąłem w siną dal. Gdzieś w głębi czułem, że jestem głodny. Naprawdę głodny.

Sezamie…

Z zadumy wyrwała mnie stojąca przy ladzie klientka. Miała niezwykle donośny, nieco ochrypły głos, a mówiąc zamaszyście gestykulowała. Do tego stopnia, że stojący za nią starszy pan – tak niski, że z początku w ogóle go nie zauważyłem – musiał mieć się na baczności.
Kobieta zamówiła chleb, kilka rogali i bułki z sezamem. Ekspedientka poinformowała ją, że „sezamówki” już się skończyły i zaproponowała kajzerki z makiem. W oczach klientki pojawiło się rozczarowanie. Spojrzała na sufit i westchnęła.

– Niech mi pani tego nie robi… Proszę powiedzieć, że jeszcze są. Błagam! Bułka z sezamem. Tylko jedna.
– Nie ma, kochanie – wyszczebiotała sprzedawczyni. – W sobotę zawsze szybko się rozchodzą. Ale może coś innego? Jest z czego wybierać.
– Inne też są fajne, ale tamte są po prostu boskie…
– Też je bardzo lubię.
– A może gdzieś się jakaś zapodziała? – klientka nie dawała za wygraną.

Pani za ladą rozłożyła ręce. Widząc to, zawiedziona kobieta dała za wygraną i zapłaciła. Westchnęła raz jeszcze, po czym zwróciła się do stojącego obok staruszka.

– Przepraszam, że tak marudzę, ale naprawdę mam dziś straszną ochotę na bułki.
– Wierzę – pan machnął przyjacielsko ręką. – Proszę się nie przejmować. Niedawno sam męczyłem żonę, by ugotowała fasolkę po bretońsku. Najpierw nie chciała, bo to wie pani, nie idzie potem tego wypierdzieć. Ale w końcu dała się przekonać. Oj, pani kochana! To była biesiada!

W sklepie zrobiło się wesoło. Chwilę później staruszek zamówił bochenek chleba i kilka ciastek z marmoladą. Ekspedientka szybko uwinęła się z zamówieniem, a pan zaczął je pakować do reklamówki. Gdy wziął do ręki chleb, niechcący go ścisnął.
Chrupnięcie było takie, że o mało nie zemdlałem…

Symfonia

To zabrzmiało dokładnie tak, jak w jednej ze scen nagrodzonego Oskarem filmu Ratatuj. Przed oczyma miałem kuchnię w restauracji Gusta Gousteau, gdzie Colette Tatou, tamtejszy rôtisseur, tłumaczyła Linguiniemu:

„Jak rozpoznać naprawdę dobre pieczywo? Nie po wyglądzie, nie po zapachu, ale po chrupnięciach. Posłuchać tego. Symfonia chrupnięć! Tak brzmi tylko dobry chleb”.

Kadr z filmu „Ratatouille”.

To było cudownie straszne. Mój zachwyt i uczucie głodu sięgnęły zenitu. Byłem gotów wgryźć się w dowolny wypiek. Bezwstydnie i z taką energią, jak wyposzczony wampir. Tak, wiem. To kiepskie porównanie. Żaden szanujący się wampir nie ssie chleba. Taka postać powiedziałaby raczej, że to chleb „ssie”, jednak wolałem się w to nie zagłębiać. Szczególnie, że kojarzyło mi się z fragmentem jednego ze skeczy kabaretu Tey:

„Niech babcia przesączy to przez chleb, żeby to granatowe straciło!”

W tamtej chwili bardzo chciałem trzymać się podobnych myśli. Im dziwnejsze, tym lepiej. Byle nie myśleć o iście smoczym głodzie.

Smok on de łoter

Zamówiłem, co trzeba i zapłaciłem. Wychodząc przypomniałem sobie, kim jest rôtisseur. To kucharz (szef), który odpowiada za pieczone, zmażone, a także grillowane potrawy. Podobno pierwszym, który użył tego określenia był szkocki pisarz Tobias Smollet (1721 – 1771). Co ciekawe, prawdopodobnie był on pierwszym anglojęzycznym pisarzem, który w całości utrzymywał się z pisania. Tworzył przede wszystkim powieści łotrzykowskie i piracko-przygodowe.

Jak dla mnie, to nawet pasowało. Moje myśli z wolna stawały się niegodziwe, by nie rzec szalone. Przede wszystkim rozeźliłem się na panią, która błagała w sklepie o bułkę z sezamem. Co to ma być? Nie dość, że narobiła mi smaku, to jeszcze wyrażała się w naprawdę żałosny sposób. Tak mogła co najwyżej zniechęcić ekspedientkę i zdusić jej empatię w zarodku. A przecież rzecz jest niebywale prosta.

Skoro już błagamy o bułkę, to podejdźmy do tego marketingowo. Większość ludzi nie lubi czytać długich tekstów (sic!), albo nie czyta niczego, a do tego trzeba jeszcze zabiegać o ich uwagę. Dlatego lepiej będzie połączyć czasownik z rzeczownikiem i utworzyć jedno, jakże wymowne słowo… BUŁAGANIE.

Cały przekaz jest tu ograniczony do minimum, zaś akcent w naturalny sposób pada na literę „u”. Całość wybrzmiewa we właściwy sposób. Sprzedawca na pewno zwróci na to uwagę, a element zaskoczenia sprawi, że łatwiej przychyli się do naszej prośby. A to nie wszystko.

Naszemu „bułaganiu” możemy nadać iście dramatyczną oprawę. Wystarczy położyć się, albo paść, na podłogę – twarzą w dół. Jeżeli lada ma odpowiednią konstrukcję, a sprzedawca miękkie serce, to dodatkowo zyskamy towar spod lady. Leżącemu łatwiej podać coś przy podłodze, niż wychylać się przez blat. Jeśli ktoś pamięta jeszcze PRL, to z pewnością doceni walor historyczny sytuacji. Tym bardziej, że w 1980 roku panowie z kabaretu Tey pięknie wyjaśnili skrót SKLEP:

„Stój Kliencie Lub Ewentualnie Poproś”.

Jest on aktualny również dziś, ale jego praktyczne implikacje są zgoła inne.

A co, gdy nasz słowotwórczy fortel zawiedzie? Nic. Jesteśmy kryci. Całą winę możemy zwalić na Karola Maya, autora książki Winnetou. Jakby się nad tym zastanowić, to w „bułaganiu” wszystkiemu jest „winne to u”. Ponadto wspomniany pisarz już od dawna nie żyje, więc cała sprawa rozejdzie się po kościach.

Kończ waść, wstydu oszczędź!

W czasie, gdy niemiecki pisarz przewracał się w grobie, zauważyłem okna swojego mieszkania. Moja wyobraźnia mogła wreszcie odpocząć. Rychło w czas! Na horyzoncie myślowym czaiła się już analiza witania gości chlebem i sobą. Idea była taka, by przylutować komuś okazałym, dobrze wypieczonym bochnem chleba, a powstałe w ten sposób rany i zadrapania potraktować solą. Oczywiście można również inaczej: „Chlebem w łeb i solą w oczy”. Na szczęście nie było takiej potrzeby.

Brzęk kluczy przekonał mój żołądek i głowę, że uczta jest tuż-tuż. Co za ulga! A co było potem? Naprawdę udana i smaczna sobota.