KONTENT PASTERZA

Dziś w pracy dopadło mnie zwątpienie. Zastanawiałem się nad czym pracuję, po co i z jakiego powodu. Nie byłem pewien, czy zawodowo do czegoś się jeszcze nadaję. W końcu niczego, jak dotąd, nie osiągnąłem. Nawet nie robię tego, co lubię! Kreatywność okazuje się przereklamowana, a biznes to banda sztywniaków, uzależnionych od dobrego PR, jak plankton od wody. To jakaś porażka! Jest źle. Co robić? Jak uniknąć samozaorania?

Przede wszystkim znaleźć pozytywną myśl! Ale jak? Człowiek czyta na LinkedIn, jakie to ludzie robią kariery, jak spełniają się zawodowo i jakie projekty realizują. Ba, jak inspirują innych! Tu „arcymagowie” programowania, tu „demony” sprzedaży, a tam jakiś marketingowy „zderzacz seo-dronów”. Patrzysz na ten kalejdoskop sukcesów i zachodzisz w głowę: kim jestem?

Przede wszystkim PASTERZEM.

kontent pasterza

Cóż, nie ma nic złego w wypasaniu zwierząt, ale… Gdzie tu sens? Skąd ten pasterz i dlaczego na LinkedIn? To proste.

Pracuję jako Technical Content Specialist (TCS). I choć z mowy Anglosasów można by wnioskować, że to stanowisko dla jakiegoś spec-pismaka, to w praktyce chodzi o wbijanie gwoździ klawiaturą. Nic w tym wzniosłego, czy chwalebnego. Zero estymy. TCS to po prostu KONTENTOWIEC. Tak, kontentowiec. Zaraz… Przecież to brzmi jak „kontent owiec”. Jak „owcza radość”!

„Ja tu w pracy łowiecki pase, a jak podjedzo, to się radować bede”. Znaczy się, pasterz kontent będzie!

To, rzecz jasna, interpretacyjny głos rozpaczy. Do tego mocno naciągany. Nawet za mocno. „Kontent owiec” to przecież zbiór treści tworzony przez owce (o baranach nie wspominając) lub dla owiec. Owszem, ale wspomniałem już o PR, prawda? Ludzie z firmy XPLUS, dla której pracuję, zażądaliby teraz mojej głowy. Nikt z nich nie chodzi w wełnie – z wyjątkiem Andryszka. Trafiła się czarna owca! Poza tym ludziska w pracy to zespół ekspertów od Microsoft Dynamics AX/365, a nie hodowców, albo rolników. Wielu z nich, powołując się na umieszczony przy iksie znak plusa stwierdziłoby, że nic w tej mojej pisaninie im się nie dodaje.

A ja odpowiem, że to uprzedzenia i stereotypy. Kto u licha powiedział, że owce nie mogą korzystać z Dynamics 365? Albo w ogóle z rozwiązań w chmurze? Jak by się nad tym głębiej zastanowić, to runo owiec kojarzy się z obłokiem. Z chmurką, do kroćset! Przecież nawet małe dzieci rysują „barany” na niebie!

Tu też wszyscy zaprzeczą, wskazując, że Andryszek jest szurnięty. Widzi owce na niebie i jeszcze uczynił je gwiazdami – swojego tekstu. Tak, oczywiście.  A Szanowni Państwo to pewnie „niewinne baranki”. No nic, taki mamy PR…

I tak oto, zamiast szukać pozytywu, znalazłem sobie powód do frustracji. A jednak nie trzeba się poddawać. Skoro w pracy się zbuntują, i skoro tak uczepiłem się tego „owczego kontentu”, to może warto poszukać innego znaczenia tych słów? Przecież w języku polskim (i nie tylko) „kontent” może oznaczać m.in. „zawartość czegoś, treść”.

To dobry trop, choć sam pomysł jest raczej dyskusyjny. Zwłaszcza w dobie poprawności politycznej i szukania na siłę nieprzyjemnych skojarzeń. No chyba, że ktoś jest weterynarzem, rzeźnikiem, wilkiem, smokiem wawelskim, albo mroczną postacią, która z różnych względów lubi anatomię (tyle się ostatnio mówi o psychopatach). Pamiętacie Hannibala Lectera? Gdy owce milczały, on się… odżywiał.

W tym momencie zawartość (treść) niejednego żołądka mogłaby odbyć podróż powrotną. Właśnie z tego powodu uznałem, że skupię się na osobliwym skojarzeniu z pasterzem. W końcu był nim Dawid, król Izraela, oraz inny Dawid – ten od Goliata.

Warto także wspomnieć młodego Janosika, choć marnie skończył. Poza tym inny pasterz – Teutaros – był nauczycielem młodego Heraklesa (Herkulesa), który też marnie skończył.

Oj, nagle zrobiło się ponuro i niebezpiecznie. A tak chciałem jeszcze wspomnieć o Chrystusie (o skromności!), którego często przedstawia się, jako pasterza właśnie. Cóż, jemu też łatwo nie było. W każdym razie, to właśnie pasterze pomogli uratować Edypa, a także Remusa i Romulusa… których dzieje również są mało zachęcające.

Wychodzi na to, że pisząc o pasterzach wcale sobie nie pomagam. Prawie każdy miał z czymś po górkę, albo przyniósł komuś pecha. No może z wyjątkiem Romulusa, który zabił brata, został królem, a potem bogiem. Ba, wykarmiła go wilczyca, czy może raczej dobroduszna „owieczka” w wilczej skórze. Sam już nie wiem. Kręćka można dostać. Szczególnie w kontekście zawodowego zwątpienia.

Na szczęście z paterzami, choć bardziej z pastwiskami, wiążą się poważne, naukowe tematy. Na przykład Tragedy of the Commons (Tragedia wspólnego pastwiska), czyli jedna z koncepcji mikroekonomicznych mówiąca o indywidualnym zysku jednostki, który prowadzi do strat dla całej zbiorowości. Chodzi o problem nieograniczonego dostępu do ograniczonego dobra (np. pastwiska), co skutkuje jego wyeksploatowaniem. Ideę tę opisał Garret Hardin, na podstawie broszury Williama Lloyda. Zagadnienie to miało i wciąż ma niebagatelny wpływ na współczesne, nieraz bardzo złożone kwestie ekonomiczne, ekologiczne, a także informatyczne.

Czyżby udało mi się znaleźć jakiś pozytyw? Oby!

***

Teraz, gdy kończę pisać ten tekst, nie jestem pewien, ile jest w nim sensu. Ktoś powie, że nie ma go wcale, ale to żargon ludzi bez wyobraźni. Tak czy siak, to była intrygująca zabawa w skojarzenia. Nawet, jeśli były nieco naciągane. Myślę jednak, że skoro na zachodzie są ludzie, czy może raczej barany, którym w języku angielskim przeszkadzało hebrajskie amen i dorobili do niego awoman, to niechże i ja mam prawo do „twórczej pomroczności”.